niedziela, 23 sierpnia 2015

Tilda z Wyspy Tulandii (część 1)

Z lotu ptaka kraina Tulandia wyglądała jak rozsypane płatki kukurydziane na niebieskim obrusie. W miarę zbliżania się do niej, okazywało się, że te „płatki” są całkiem duże, że rosną na nich drzewa i bujne rośliny, a między nimi przemieszczają się ludzie i zwierzęta. Na jednej z takich wysp mieszkała mała Tilda.
Jej wyspę otaczała woda błękitna jak niebo o poranku. Przez większość roku słońce odbijało się w łagodnych falach tworząc złociste błyski na powierzchni morza. Co jakiś czas przychodziła pora deszczowa, w trakcie której z nieba nieustannie lało, a rośliny łapczywie spijały krople. Po tym okresie wszystko rozkwitało, pachniało i wydawało owoce. Kiedy Tilda stała na skraju piaszczystej plaży, widziała w oddali sąsiednie wyspy. Tata mówił, że jest ich wiele, może pięć, a może piętnaście i wszystkie podobne do ich rodzinnej wysepki.
Tilda myślała wtedy, że to niemożliwe że inne wyspy przypominają tę, na której zamieszkiwała. Ta była przecież wyjątkowa. Nigdzie indziej nie było tak świeżej wody, wylewającej się strumieniami z zimnych źródeł. Ani tak soczystych i pysznych owoców. Ani tak miłych sąsiadów. Dziewczynka była przekonana, że ich dom to najlepsze miejsce na ziemi.
Tilda była niewielką dziewczynką, o śniadej cerze i kręconych jak sprężynki włosach, sięgających ramion. Jej oczy były zielone niczym młode listki. Umiała już trochę czytać i pisać, ale zdecydowanie bardziej wolała zabawy na świeżym powietrzu. Rodzice chwalili ją za dużą samodzielność, ponieważ Tildzie nie sprawiały już problemu takie czynności jak ubieranie, mycie zębów, ścielenie posłania czy sprzątanie.
Mama Tildy była wysoką kobietą, jej włosy również zwiały się we wspaniałe loki, były jednak o wiele dłuższe niż te u córki. Oczy miała koloru czekolady i piękny uśmiech. Jak wszyscy na wyspie doglądała domowego gospodarstwa, a poza tym posiadała wyjątkową umiejętność jaką było zbieranie i suszenie ziół, z których następnie przygotowywała lekarstwa. Okoliczni mieszkańcy ufali jej i często przychodzili po poradę w sprawach zdrowia.
Tata Tildy również był wysoki. To po nim Tilda odziedziczyła niespotykany kolor oczu. Za to włosy taty były zupełnie proste i zabawnie sterczały ku górze, jak kolce morskiego jeżowca. Tata często wsiadał w swoją niewielką łódkę i wypływał na połów ryb. Nie oddalał się bardzo, jednak przywoził z tych podróży niesamowite opowieści dla swojej córki.
- Czy wiesz Tilda, że gdzie indziej plaże nie są piaszczyste, ale z kamyków – powiedział jej kiedyś.
- Niemożliwe! Przecież kamyki ranią stopy – niedowierzała dziewczynka.
- Widziałem na własne oczy – zarzekał się tata.
- Jak ludzie po nich chodzą?
- Zakładają specjalne ochraniacze  – wyjaśnił.
- Tato, a opowiedz o tych ogromnych muszlach, które widziałeś – poprosiła Tilda, ponieważ sama uwielbiała muszelki, ale na swojej plaży znajdowała tylko niewielkie okazy. Sporządzała z nich później wisiorki, naszyjniki i bransoletki.
- Jedna z tych muszli była tak wielka, że zmieściłabyś się w niej cała. Miała piękny różowy kolor, pasowałaby do Twojego pokoju. Została jednak zamieszkana przez starego Króla Krabów… - rozpoczął tata swoją opowieść, a dziewczynka siadła koło niego zasłuchana. Była pewna, że i ona pewnego dnia wyruszy w podróż. Tata obiecywał, że jeśli tylko trochę  podrośnie, to zabierze ją ze sobą na połów ryb.
Z utęsknieniem Tilda czekała, kiedy będzie mogła udać się z tatą na podbój morza. Codziennie podchodziła do pnia drzewa, na którym tata oznaczył grubą kreską dokąd ma sięgać czubek jej głowy, aby była wystarczająco duża na wyprawę.
Pewnego dnia, gdy jak zawsze odbywała ten rytuał usłyszała jak z okna ich domku dochodzą podniesione głosy. To mama i tata głośno rozmawiali. Dziwnie to brzmiało, jakby byli bardzo na siebie zdenerwowani. Zwykle mówili spokojnie, a tym razem, coś sprawiło, że niemalże krzyczeli. Tilda zaniepokojona wróciła szybko do domu. Kiedy tylko znalazła się przy rodzicach, oni natychmiast zamilkli. Mama odwróciła się do stołu i zaczęła energicznie kroić warzywa na obiad. W jej oczach Tilda zobaczyła łzy. Tata oddychał ciężko i zamiast ust miał teraz wąską kreskę. Wyszedł szybkim krokiem bez słowa. Tilda nie wiedziała co powinna zrobić, czy biec czym prędzej za tatą czy też przytulić i pocieszyć mamę. Stała niezdecydowana parę sekund, które ciągnęły się niczym wieczność. Najpierw więc szybko uściskała mamę, a potem wybiegła za tatą. On jednak zdążył już zepchnąć łódź do wody i wskoczyć do niej, chociaż tego dnia już nie musiał zarzucać sieci na połów. Odpływał od brzegu, a Tilda stojąc na jego skraju krzyczała za nim:
- Tatooooo!
On zajęty wiosłowaniem, nie słyszał głosu córki spoza plusku wody. Tilda mogłaby śmiało wskoczyć do morza i dogonić go płynąc wpław, była przecież doskonałą pływaczką. Lecz w tym dziwnym momencie woda wydawała jej się mało przyjazna i bezpieczna. Wróciła do chatki, gdzie pomogła mamie przygotować obiad z warzyw i ryb. Gdy danie stało na stole, ciepłe i parujące, mama wraz z Tildą zasiadły do posiłku. Wtedy też córka odważyła się zadać pytanie:
- Co się dzisiaj stało?
Mama tylko westchnęła i odpowiedziała wymijająco:
- To są sprawy dorosłych.
- Gdzie popłynął tata? – nie dawała Tilda za wygraną.

- Też chciałabym to wiedzieć – odparła mama smutno. Dziewczynka zrozumiała, że lepiej nie pytać o nic więcej, bo mamie znowu zbiera się na płacz. Więc również tylko westchnęła głęboko i zabrała się za jedzenie.


CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz